Coaching Magdalena Ulasińska
12/09/12

Moje pomysły są lepsze niż Twoje

 

Czekając ostatnio na lotnisku, czytałam jak zwykle książkę. W pewnym momencie doznałam olśnienia. Wstępująca we mnie energia nie pozwoliła mi wysiedzieć na miejscu. Wstałam i zaczęłam chodzić. Potem wróciłam do lektury, choć mojego podniecenia tematem nie dało się już ukryć. Mam! Wreszcie znalazłam mierzalny dowód pokazujący, dlaczego coaching działa i jest tak skuteczny.

Kiedy opowiadam o coachingu, czym jest i jak wygląda, powołuję się na doświadczenie, literaturę, publikacje i odkrycia psychologiczne. Prowadząc „Coaching dla Pomorza” razem z Moniką (Monika Stankiewicz, genialny coach i bratnia dusza zarazem) mówimy, że istotą coachingu jest to, że klient sam projektuje dla siebie rozwiązania. To, co sami wymyślimy, jest dla nas cenniejsze i zwiększamy tym samym szansę, że wprowadzimy to w życie. Sami wiemy, co dla nas jest dobre i nikt nie będzie nam mówił, co mamy robić. Tylko dlaczego tak to działa? Gdzie znaleźć na to dowód?

Na ratunek przyszedł Dan Ariely i jego kolejna genialna książka „Zalety irracjonalności”. Autor zajął się zbadaniem naszego stosunku do tego, co wymyślamy sami i jak do tego mają się pomysły innych. Atrakcyjność własnych pomysłów określana jest nazwą NIH czyli Not – invented – here (niewynalezione tutaj), a obowiązująca zasada sprowadza się do prostej kwintesencji „Jeśli ja (lub my) tego nie wymyśliłem, to nie jest to warte funta kłaków”. Czy rzeczywiście tak jest?

Ruszył pierwszy eksperyment. Poproszono uczestników o przyjrzenie się trzem problemom społecznym, typu sposoby na zmniejszenie zużycia wody przez społeczności lokalne czy innowacyjne zmiany budzika podnoszące jego skuteczność. Zadaniem uczestników było zaprojektowanie rozwiązań. Kiedy uczestnicy przedstawili swoje pomysły, zostali poproszeni o ocenę ich pod względem praktyczności, prawdopodobieństwa sukcesu oraz ilości pieniędzy i czasu, żeby taki pomysł wypromować. Inna grupa miała rozwiązania podane na tacy i miała jedynie ocenić realność wprowadzenia ich w życie. Jakie wyniki? Otóż grupa, która sama zaprojektowała rozwiązania oceniała je jako praktyczniejsze, mające o wiele większą szansę na sukces oraz twierdziła, że poświęciłaby więcej czasu na promowanie swoich pomysłów. Dobre, bo moje, prawda?

Druga odsłona eksperymentu podobała mi się jeszcze bardziej. Uczestnicy również w tym wypadku doceniali swoje bardzo dobre pomysły. Na czym polegała modyfikacja eksperymentu? Ha! Uczestnicy tak naprawdę wcale nie byli autorami rozwiązań, a jedynie mieli takie złudzenie. Zadbali o to oczywiście badacze. Jak to zrobili? Dołączyli do opisu problemu listę około 40 słów, które zawierały narzucone rozwiązania oraz ich synonimy. Dodatkowym podstępem było umieszczenie słów składających się na rozwiązanie na samym początku, tak, żeby uczestnicy przeczytali je jako pierwsze. Prawdę mówiąc, podstęp grubymi nićmi szyty. Nie mógł się udać. A jednak! Nawet tak małe zaangażowanie w projektowanie rozwiązań spowodowało, że uczestnicy uznali pomysły za swoje i ocenili jako bardzo atrakcyjne.

Teraz kolej na odsłonę trzecią. Uwaga, bo będzie naprawdę grubo. Trzecia modyfikacja eksperymentu polegała na tym, że do opisanego problemu dołączona była rozsypywanka słów, które należało jedynie ułożyć w odpowiedniej kolejności. Poprzestawiać słowa w szyku w taki sposób, żeby zbudować logiczne zdanie stanowiące rozwiązanie. Nawet tak drobna czynność sprawiła, że wyniki były dokładnie takie same jak w dwóch pierwszych odsłonach. Zmiana kolejności słów była wystarczającym powodem, żeby uczestnicy poczuli się autorami pomysłów i ocenili je wysoko. Niesamowite.

Od razu przypomina mi się scena z filmu „Moje wielkie, greckie wesele”, jak mama Touli wraz z ciotką rozmawiają o tym, że u ciotki w biurze turystycznym nie ma kto pracować, bo koniecznością jest znajomość obsługi komputera. Wszystkiemu przysłuchuje się tata Touli, konserwatywny Grek, popierający tradycyjny model rodziny, stanowczo przeciwny, żeby Toula gdziekolwiek pracowała poza rodzinną restauracją. Rozmowa przypomina kółko teatralne dla początkujących, ale bardzo szybko osiąga zamierzony cel. Pan Portokalos z wielką dumą wpada na genialny pomysł (sam wpadł na ten pomysł, przynajmniej tak mu się wydaje), żeby to właśnie TOULA pracowała w biurze podróży. Zupełnie sam wymyślił to, co zaplanowały sobie wcześniej panie. Jak się kończy ta scena? Mama z ciotką przybijają potem piątkę i udzielają Touli życiowej, mądrej rady: mężczyzna jest głową rodziny, ale kobieta jest szyją i kręci tą głową jak chce!

Jesteśmy przywiązani do swoich pomysłów i lubimy sami projektować rozwiązania, to pewne. Tylko czy zawsze jest to dla nas dobre? Czy faktycznie moje pomysły zawsze są lepsze niż Twoje?

Dan Ariely opisuje też ciemną stronę mocy. Poruszająca i niezwykle inspirująca jest historia Thomasa Edisona i jego przywiązania do prądu stałego. Edison tak dalece kochał swoje pomysły oparte na energii prądu stałego, że całkowicie negował odkrycia pracującego u niego w laboratorium Nikola Tesli. Tesla opracował zasady generowania i przesyłania prądu przemiennego, podkreślając jego o niebo większe możliwości. Co robi Wielki Wynalazca, żeby bronić swoich pomysłów? Negowanie odkryć Tesli to mało powiedziane. Edison zaplanował i przeprowadził szeroką kampanię dyskredytującą prąd przemienny. Strategia była bardzo prosta, wzbudzić strach. Bardzo pomogło też sfinansowanie wiekopomnego wynalazku: krzesła elektrycznego na prąd przemienny. Co pokazało życie i idący postęp? Teraz korzystamy z dobrodziejstw właśnie prądu przemiennego. Cóż, Edison po prostu wierzył, że jego pomysły są najlepsze.

Czas na wnioski i podsumowanie. Seria eksperymentów jasno wykazała, że jakiekolwiek (nawet minimalne) zaangażowanie w projektowanie rozwiązań czy generowanie pomysłów, natychmiast wywołuje w nas poczucie własności, a to z kolei bardzo szybko przekłada się na wyższą ocenę naszych pomysłów. Kiedy uważamy, że coś stworzyliśmy, bardziej to doceniamy, a bywa, że nawet przeceniamy.

Moje pomysły są naprawdę bardzo dobre, ale czy zawsze? Hmm, pomyślę o tym, ale już jutro (niczym Scarlet O’Hara).

A swoją drogą właśnie wpadłam na kolejny genialny pomysł…

 

Wróć