Coaching Magdalena Ulasińska
02/03/11

A ja tam byłam...

Coaching jest jak Fado

Tydzień temu  miałam ogromną przyjemność obserwować mistrza w akcji. Uwielbiam takie chwile. Przypomina mi to warsztaty mistrzów, na które regularnie uczęszczam, czyli seminaria wielkich światowych nazwisk coachingu i psychologii. To mocne przeżycie intelektualne i czasem nawet duchowe.

Tym razem było duchowo i magicznie, a mistrzem była Mariza, prawdziwa portugalska perła Fado. Co innego czytać o muzyce Fado, a coś zupełnie innego ją usłyszeć  i to jeszcze w takim wykonaniu. Nawet nie wiem dokładnie ile czasu trwał koncert, bo zwyczajnie odpłynęłam. Melancholijna muzyka 3 gitar i niezwykły głos Marizy zabrały mnie w podróż. Byłam przez dłuższą chwilę w Portugalii i siedziałam w tawernie przy lampce Porto. I wtedy doznałam olśnienia, że Fado jest jak coaching. A może raczej coaching jest jak Fado.

Mariza odegrała rolę profesjonalnego coacha. Była niesamowicie inspirująca, była mieszanką łagodności i wielkiej siły. Stworzyła nastrój i wytworzyła atmosferę zaufania. Wyznaczyła jedynie kierunek i pozwoliła, żeby każdy wyruszył w swoją podróż. W podróż w głąb siebie. Już po kilku minutach odżyły we mnie dawno zapomniane marzenia, emocje, plany. Zaczęłam zastanawiać się nad odłożonymi na bok sprawami, dawnymi refleksjami. Pojawiły się nowe cele i wielka motywacja do ich realizacji. Nurtowała mnie jedna sprawa: jak to możliwe, że przy tak  delikatnej oprawie, wyzwoliła się we mnie tak silna energia do działania?

Mariza była świetnym liderem. Zdobyła zaufanie, poprowadziła publiczność w wyznaczonym przez siebie kierunku, zaraziła swoją wizją, zainspirowała do działania i dała niezbędną do tego energię. Przez cały koncert pokazywała wielki szacunek, jakim darzy wszystkich, którzy przyszli jej posłuchać. To było po prostu genialne.

Było jak na dobrej sesji coachingowej. Były zwroty akcji, była atmosfera pełna zaufania i szacunku, było też stawianie wyzwań oraz trenowanie nowych umiejętności. Mariza uczyła polską publiczność fragmentu jej utworu po portugalsku. I naprawdę wierzyła, że to się uda zrobić.

Wszystkie utwory były śpiewane w języku portugalskim. I niezwykłe jest to, że nie rozumiejąc ani słowa, dokładnie czułam, o czym opowiadają. Tak, jak w czasie coachingu, klient nie musi rozumieć struktury i kierunku sesji, nie musi rozumieć po co coach zadaje mu dziwne pytania i do czego zmierza. Najważniejsze jest to, z czym wychodzi ze spotkania, co odkrył, co zrozumiał, co przemyślał i co postanowił zrobić. I to jest sedno sprawy.

Mariza w czasie trwającym mniej więcej tyle, co sesja coachingowa otworzyła moją szkatułkę z marzeniami, planami, celami i emocjami. Coś, co było szczelnie zamknięte i schowane. Reszta pracy należy do mnie. Teraz to ode mnie zależy, co z tym zrobię. Pójdę za głosem czy skutecznie go ukryję w sobie? I na tym właśnie polega siła coachingu.

Sądząc po twarzach i rozmarzonych oczach innych osób, nie tylko ja odbyłam podróż w głąb siebie…

Wróć